Czuły Mechanizm

Ostatnio mam gorsze dni pod względem samopoczucia i jak wszystko w moim życiu także to zawdzięczam swoim czynom. Prawa Karmy nie da się oszukać i za głupotę prędzej czy później trzeba zapłacić.

Wybrałem się dzisiaj do lasu, jak w każdy weekend, i trochę to mnie wyciszyło. Po powrocie do domu usiadłem do medytacji, jak w każdą wolną chwilę. Z racji obniżonego nastroju nie spodziewałem się fajerwerków po praktyce i miałem rację. Nic ciekawego się nie wydarzało. Stało się jednak coś nietypowego. Postanowiłem ten czas spędzony na siedzeniu wykorzystać do uspokojenia swojego umysłu.

Podczas dwóch godzin i piętnastu minut medytacji po prostu siedziałem i obserwowałem co się ze mną dzieje. Refleksja jaka mnie nachodziła to to, że po prostu siedząc i spokojnie oddychając można opróżnić swój umysł z różnych śmieci i złogów. Mamy szereg wrażeń w naszych psychikach i większość tych odczuć nie jest wcale przyjemna. Praktyka pozwala uwolnić te ukryte emocje.

W miejsce błogości medytacyjnej pojawił się wgląd w stan własnej psychiki. Uświadomiłem sobie, że mimo 8 lat praktyki nadal mam w sobie sporo napięcia. Teraz pisząc te słowa jest mi dużo lżej niż jeszcze 3 godziny temu. Uspokojenie umysłu potrafi oczyścić nas samych, co każdemu szczerze polecam.

Głód i Nasycenie

Dzisiaj miałem trudny dzień w pracy- projekty ciągnęły się godzinami i stres związany z tym, czy nic nie wysypie się po drodze był duży. Po siedemnastej jednak usiadłem wygodnie w pozycji medytacyjnej na fotelu i miałem chyba jedną z lepszych medytacji w ogóle.

Czułem niemal fizyczny nacisk na okolice serca oraz dreszcze w tej okolicy. Wszystkie te doznania są bardzo przyjemne, ale zazwyczaj ustępują po kilku minutach, podczas gdy tym razem czułem je około pół godziny.

Z medytacją jest tak, że czasem są krótkie okresy podczas praktyki, kiedy nic się nie czuje…jest tylko oczekiwanie na przypływ bodźców. W momentach jednak gdy moc przychodzi do nas to wiemy, że warto poczekać czasem te 5 minut, żeby móc całym sobą czuć te najlepsze na świecie doznania.

Prawdziwe Źródło Wojen

Dzisiaj gdy jechałem autem do rodziny nagle sobie coś uświadomiłem. Niczym ułożone puzzle w jedną całość nagle złożyło się we mnie wszystko, nad czym się zastanawiałem przez lata odnośnie innych ludzi. Olśniło mnie, że wreszcie rozumiem motywację działania innych oraz naturę ich zachowań. Niczym obraz pojawiło się przede mną całe bogactwo ludzkich motywów i intencji. Wreszcie po tylu latach mogę powiedzieć, że rozumiem bliźnich.

Dłuższy czas zastanawiałem się nad źródłem obecnej wojny na Ukrainie i szerzej całego zła, które z wojną się wiąże. Jakkolwiek skomplikowanych analiz by nie przeprowadzać, ile by nie mówić o geopolityce, to odpowiedź na to pytanie w gruncie rzeczy jest zupełnie prosta i prozaiczna. U podstaw konfliktów zbrojnych leży coś zupełnie pospolitego i znanego każdemu- codzienny brak satysfakcji.

Naturę ludzką po buddyjsku określa się jako „psychiczny dyskomfort spowodowany brakiem trwałego zadowolenia”. Jest to genialna myśl, gdyż dotyczy ona każdej ludzkiej istoty i stoi za wieloma głupimi zachowaniami ludzi. Dla jasności- nie chodzi tutaj o to, że ludzie w jakiś szczególny sposób cierpią. Wręcz przeciwnie- większość zdrowych ludzi w krajach rozwiniętych raczej cieszy się z życia. Jest tutaj jedno małe „ale”.

Życie jest dynamiczne i nieprzewidywalne, ciągle stawia nas przed niespodziewanymi sytuacjami i w żadnej sposób nie daje się kontrolować. Mówi się, że wyznacznikiem inteligencji jest zdolność do dopasowywania się do ciągłych zmian. Jest to kolejna genialna w swojej prostocie myśl. Istnieje jednak niewiele osób, które są w stanie dopasować się do każdej sytuacji. Dlatego też większość osób zabiega, aby ich życie było wypełnione powtarzalnymi elementami, nie dlatego, że lubią oni rutynę, ale sytuacje takie eliminują cierpienie. Dajmy dla przykładu na to muzykę- ludzie lubią kawałki, które już słyszeli, dlatego też w stacjach radiowych lecą ciągle te same piosenki.

Nieprzewidywalność życia stawia nas w nowych sytuacjach. Nie chodzi o jakieś spektakularne zmiany, ale na przykład niemiła pani w sklepie, deszcz na ulicy, awaria samochodu, niesmaczna kawa, zły sen i setki małych rzeczy które potrafią popsuć nam humor. Wreszcie gdy jesteśmy sami ze sobą i nie potrafimy wystarczająco siebie zagłuszyć, to w naszych umysłach pojawiają się niechciane myśli i emocje. Jest to rzeczywistość ogromnej rzeszy ludzi- ich własna psychika jest ich własnym wrogiem, nie są oni z własną „duszą” w zgodzie.

Wszystko to prowadzi do setek „szpileczek”, których doświadczamy dziennie. Te chwile obniżonego nastroju są przy nas niezależnie jak bardzo się staramy, aby nasze życie było szczęśliwe. Chwilowe subtelne formy cierpienia mają bowiem źródło nie w czynnikach zewnętrznych lecz w naszym własnym umyśle- prowadzenie życia pełnego rozrywek w ciągłym otoczeniu innych osób tego nie zmieni, tylko może te subtelne niedogodności zagłuszyć na jakiś czas.

Z takich małych niedogodności z czasem powstają realne problemy- żona odchodzi razem z dziećmi i połową domu, szef nas obarcza nowymi obowiązkami w pracy za tę samą pensję, nasz znienawidzony sąsiad kupuje nowy samochód, dowiadujemy się, że mamy raka i tak dalej. Z pomieszania umysłu powstają głupie zachowania, które ostatecznie prowadzą do osobistych problemów, tak działa prawo karmy. Wszystko to jednak leży w podstawowej niezdolności w doświadczaniu radości umysłu.

Powracając do głównego motywu tego wpisu- wojny. Wojna nie bierze się znikąd, jak powiedział XVII Karmapa pytany kiedyś o możliwość światowego konfliktu- wojna ta już ma miejsce w umysłach ludzkich, w niezdolności do współczucia. Ja bym dodał, że wielkie konflikty jak ten obecny na Ukrainie, czy też wojny światowe, biorą się z prozaicznych przyczyn codziennego braku satysfakcji z życia. Z małych rozczarowań, dyskomfortu, niezadowolenia i trudów powstają frustracje a z frustracji rodzą się konflikty, które w skali państwowej powodują konflikty zbrojne. Jest to prawda, której nie sposób zaprzeczyć.

Przebudzenie Po Kurpiowsku

Wiele w świecie duchowości mówi się o zjawisku przebudzenia. Ma to być cel do którego ma dążyć praktykujący i który to cel jest ostateczną fazą rozwoju człowieka. Jednocześnie mało mówi się, czym ten stan naprawdę jest- wspomina się jedynie lakonicznie o tym, że jest to odczucie bezosobowe, odczucie, że jesteśmy przestrzenią, że jest to brak utożsamiania się z własnymi myślami i ciałem. Całe ruchy religijne pociągające za sobą rzesze ludzi zostały ukonstytuowane na podłożu tego magicznego wręcz stanu ducha. Moim zdaniem większość z tych ideologii jest po prostu błędna.

Człowiek jest w stanie odczuwać pewien określony zakres doświadczeń- są to doznania zmysłowe, myśli, emocje i doznania cielesne. Nasze postrzeganie jest ograniczone- zawężone jest ono bowiem do określonej liczby bodźców, jakie można doświadczać na raz. W gruncie rzeczy doświadczamy zazwyczaj tylko kilka stanów, są to:

  • Uwaga zajęta jakimś zadaniem, pracą
  • Uwaga zajęta wrażeniami zmysłowymi w sposób bierny (oglądanie telewizji, patrzenie w komórkę, obserwowanie ulicy z pojazdu)
  • Uwaga zajęta myślami bądź emocjami
  • Uwaga zajęta interakcją z drugą osobą
  • Uwaga zajęta spoczywaniem w tym co jest (medytacja)

Tak więc zakres doświadczeń jak widać jest dość ograniczony. Przebudzenie o jakim mowa w wielu ruchach religijnych obejmować musi zatem te wymienione wyżej zjawiska. Zawierając je jednak w sobie przebudzenie przestaje być de facto przebudzeniem- doświadczanie bowiem tych stanów nie ma w nich już więcej miejsca na jakiś szerszą percepcję- praca zawsze będzie pracą a oglądanie telewizji będzie zawsze tym samym raczej nudnym zajęciem. Wszystko rozbija się o to, że jako ludzie mamy ograniczone zdolności skupiania na czymś uwagi- potrafimy być skupieni tylko na jednej rzeczy na raz.

Istnieje moim zdaniem jednak stan, w którym naprawdę możemy czuć się wyzwoleni. Jest to medytacja.

Pośród wszystkich doświadczeń medytacja właśnie jest wprowadzaniem w zakres naszych odczuć doświadczenia błogości. Szczęście to nie ma przyczyny, jest naturalną radością życia która powstaje, gdy umysł przestaje biegać za wrażeniami. Świadomość zaczyna spoczywać sama w sobie i odkrywa, że nic jej tak naprawdę nie potrzeba do szczęścia. Praktyka ta sprawia, że w codzienne rutynowe czynności wprowadzamy pewien dystans do zjawisk i dzięki temu buforowi jesteśmy w stanie skupić się na doświadczeniu emocji. Emocje te nie pochodzą z tego, co akurat się dzieje, lecz wypływają ze stanu relaksu w jakim się znajdujemy.

Przebudzenie moim zdaniem jest doświadczeniem w każdym momencie życia tej pustki, przestrzeni, która istnieje pomiędzy zjawiskami i jest odkryciem, że jest to przestrzeń przeniknięta błogością.

Długofalowe Skutki Praktyki Buddyjskiej

Na początku chciałbym zaznaczyć, że piszę ten wpis z zupełnie subiektywnej pozycji. Mam świadomość, że moje własne doświadczenia są niekoniecznie wykładnią i mogą dotyczyć tylko części osób. Z drugiej jednak strony szereg zjawisk do jakich dochodzi podczas praktykowania wspomnianej religii jest uniwersalna i choć u różnych osób może to wyglądać inaczej, to ogólny przekaz jest ten sam- medytacja znacząco wpływa na jakość życia.

Jak już wielokrotnie tutaj wspominałem na serio zacząłem praktykować medytację w sierpniu 2014 roku. Od tamtego czasu minęło już ponad 8 lat. Jak policzyłem czas spędzony na praktyce to ponad trzy tysiące godzin zakładając tylko jedną godzinę medytacji dziennie.

Przez ten czas po prostu wytrenowałem w sobie zdolność przeżywania szczęścia. Teraz prawie zawsze jestem w stanie wywołać w sobie pozytywne emocje- wystarczy, że skupię uwagę na poziomie serca i za chwilę czuję tam przyjemny ucisk i energię. Nie zawsze jest to bardzo intensywne ale często jest. Czakra serca jest odpowiedzialna za najwspanialsze życiowe doświadczenia takie jak zachwyt, ulga, zakochanie, wygrana i tak dalej. Najwspanialsze doświadczenia są powiązane z doświadczaniem uczuć na poziomie serca właśnie.

Jednocześnie zauważam pewną właściwość- wiele się słyszy o sposobach na osiągnięcie szczęścia poprzez przeczytanie jakiejś książki, ukończenie kursu, kupienie czegoś czy angażowaniu się w jakieś działania. Mówi się o tym, że bycie pomocnym dla innych prowadzi ludzi do szczęśliwości. Mocno powątpiewam w te twierdzenia z prostej przyczyny- prawdziwe szczęście nie spada z nieba, ani nie jest wynikiem tego, że ktoś nam je da, tylko jest kwestią pracy. Trzeba zrezygnować z wielu rzeczy, aby je osiągnąć. W moim przypadku było to poświęcenie rozrywek takich jak filmy, internet czy gry komputerowe na rzecz praktyki. Ilekroć miałem pokusę sięgnięcia po łatwą rozrywkę to postanawiałem poświęcić ten czas na medytację. Jak w przypadku wszystkich trudnych rzeczy tak samo i w przypadku praktyki ważne jest 100 procentowe oddanie sprawie. Łatwo jest patrzeć się w ekran i to nawet utrzymuje nasz nastrój na znośnym poziomie lecz nigdy tak naprawdę zewnętrzne zjawiska nie dadzą nam pełnej satysfakcji.

Mam świadomość, że przesłanie to trafi może do jednego promila czytających te słowa. Najbardziej zrozumieją mnie ci, których życie ciężko doświadczyło, bo tacy ludzie widzą iluzoryczność codziennych rozrywek. Paradoksalnie trzeba w życiu doświadczyć cierpienia, aby zapragnąć prawdziwego szczęścia.

To, co napisałem powyżej jest moją historią i wielu buddystów ma inne doświadczenia, lecz w przypadku każdego praktykującego rzecz ma się tak samo- medytacja długofalowa poprawia znacznie jakość życia.

Progress Is Inevitable

Powyższa angielska fraza, która moim zdaniem ma dużo uroku, przekłada się na polskie „postęp jest nieunikniony”. Jest w niej coś arbitralnego i mocnego a jednocześnie zdanie to jest bardzo optymistyczne.

Od jakiegoś miesiąca prawie ciągle przebywam w stanie medytacji. Rozumiem przez to doświadczanie błogości poprzez doświadczenie czakry serca. Jest to bardzo angażujące, gdyż uczucie które towarzyszy temu stanowi jest bardzo intensywne i jednocześnie przyjemne. Można to porównać do sytuacji, że człowiek wypracowuje w sobie zdolność do manipulacji mięśniem sercowym i poruszanie tym narządem powodować ma wielką przyjemność. Innym porównaniem, które przychodzi mi do głowy jest żarzący się płomień w środku klatki piersiowej.

Zazwyczaj przez około 90% czasu znajduję się w tym stanie z pewnym wyjątkiem- gdy leżę w ogóle tego nie czuję. Najprawdopodobniej jest to związane z dynamiką wewnętrznej energii w ciele, jednak ta pozycja ciała sprawia, że nic nie czuję z tego co zazwyczaj mi towarzyszy.

Dzisiaj więc postanowiłem to zmienić. Leżałem przez półtorej godziny i skupiałem świadomość na sercu. Po jakiejś godzinie zacząłem czuć nieznaczne wrażenia w tamtym obszarze- przypominało to delikatny powiew wiatru lub małe iskierki ognia. Było to bardzo subtelne i nieznaczne odczucie ale dla mnie był to znak, że jednak wszystko idzie w dobrą stronę. Po kolejnych piętnastu minutach zacząłem odczuwać wspomniany obszar silniej. Wszystko to przypominało mi moje pierwsze próby z medytacją- wtedy też doświadczenia były nieznaczne.

Jestem zadowolony, bo zdolność medytacji podczas leżenia pozwoli mi medytować także podczas snu, co do tej pory było niemożliwe. To nawet dość zabawne, że wykonuję pewien wysiłek w sytuacji, w której większość ludzi po prostu odpoczywa (czyli podczas leżenia), ale medytacja stała się moją pasją do tego stopnia, że nie wyobrażam już sobie życia bez niej i każdy wolny czas poświęcam na praktykę.

Epidemia

Wpis ten zacznę od cytatu z najsławniejszego polskiego psychiatry (a dodatkowo filozofa), Antoniego Kępińskiego.

Nerwicowa hiperaktywność, rzucanie się w wir życia, nadmierne życie towarzyskie i społeczne, ustawiczne podróże, unikanie skupienia i samotności, typowe dla naszej cywilizacji, w znacznej mierze wywodzą się z nerwicowego lęku przed samotnością.

To o czym chciałem dzisiaj opowiedzieć jest czymś tak powszechnym, że dawno zostało uznane za normalne zachowanie, choć w gruncie rzeczy jest zachowaniem patologicznym. Chodzi mianowicie o ciągłą aktywność.

Ludzie są aktywni przez całe swoje życie. Od samego rana do nocy są ciągle czymś zajęci. Nie znajdują oni w swoim życiu ani jednej chwili na przebywanie sam na sam ze sobą. Jest to zjawisko tak powszechne, że dawno przestało być zauważane a wręcz ludzie, którzy przodują w byciu zajętymi są stawiani za wzór. Nieraz słyszy się pochwały, że ktoś dożywający do osiemdziesiątki czy dziewięćdziesiątych urodzin do dnia swojej śmierci ciągle był aktywny i czymś się zajmował.

Gdyby spytać kogoś jak spędził weekend to na sto procent opowie on nam co przez ten czas robił, nie zaś, że odpoczywał od aktywności. Ludzie po prostu nie potrafią nic nie robić. Wszyscy coś ciągle robią więc jest to „normalne”. Za aktywność uznawać należy również błądzenie myślami czy nadmierne myślenie- ta czynność również odciąga nas od nas samych.

Zjawisko to jest podobne epidemii- jest patologiczne i bardzo rozpowszechnione. Nawet wielu buddystów, którzy przecież kładą nacisk na medytację, nie są świadomi tego fenomenu i nawet podczas praktyki religijnej ich umysły ciągle kreują zjawiska i obrazy.

Jeśli by prześledzić czyjś dzień, na przykład sobotę jak dziś, to wyglądało by to mniej więcej tak: mycie się, śniadanie, rozmowa, sprzątanie, robienie obiadu, słuchanie muzyki, oglądanie telewizji, rozmowa telefoniczna, spacer, kino, kolacja, internet i tak dalej. Nawet przez chwilę ludzie nie są oderwani od ciągłej aktywności.

Tym czasem istnieje sfera życia do której ma się dostęp poprzez bycie biernym. Pozwolenie rzeczom dziać się samym i rezygnacja w angażowanie się a jakąkolwiek aktywność przynoszą wielką ulgę i ogromną przyjemność.

To, Co Niewidzialne

Obserwując ludzi można stwierdzić, że zasadniczo bardzo mocno angażują ich formy. Formy w sensie wydarzeń, innych ludzi, rzeczy, zjawisk, czyli tego wszystkiego, co jest bezpośrednio dostępne zmysłom. Budda określił to zjawisko mianem dualizmu- angażowanie się w to, co foremne ma wynikać z podstawowego błędu. Panaceum na to miałoby być, według słów Buddy, postrzeganie wszystkiego w kategoriach snu.

To o czym mówię stało się w rzeczy samej istotą nowej religii jaką założył wspomniany mędrzec. Wskazał on bowiem coś, co istnieje dodatkowo oprócz wszystkiego tego, co nas otacza. Ten potencjał, sprawczość, przestrzeń nazwał on Umysłem.

Nie należy jednak mylić tej postawy z eskapizmem, czy też unikaniem życia. Odkrycie Umysłu wcale nas nie odciąga od spraw doczesnych. Praktykując zaczynamy po prostu doświadczać dystansu do wydarzeń, nie zaś od nich ucieczki.

Praktyka buddyjska to tak naprawdę ciężka praca. Tysiące godzin często trzeba spędzić w medytacji aby zauważyć znaczącą zmianę w swoim życiu. Tak jak ma to miejsce w każdej innej dziedzinie życia tak i w wypadku medytacji aby coś osiągnąć potrzeba dużego wysiłku i mnóstwo prób. Warto moim zdaniem jednak podjąć te wyzwanie, bo ślad jaki pozostawia w nas praktyka buddyjska pozostaje z nami już na zawsze.

Religijna Brzytwa Ockhama

Religie, niezależnie czy wschodnie czy zachodnie, posiadają szereg koncepcji na temat źródła szczęścia. Generalnie światopoglądy (w tym światopogląd ateistyczny) z definicji są zbiorem dogmatów w które należy wierzyć, należy przyswoić i nimi się kierować. Dotyczy to również buddyzmu, choć często określany on jest jako nie-religia.

Wierzenia światopoglądowe każą nam zaadoptować pewne sposoby myślenia i interpretacji rzeczywistości do tego stopnia, że nasza osobowość się w związku z tym zmienia. Jordan Peterson powiedział kiedyś, że idee są panami ludzi, ludzie zrobią prawie wszystko aby utrzymać idee, które mają ich w posiadaniu. Jak wiadomo z historii ludzie zabijali i umierali za idee wielokrotnie.

Nie jestem przeciwnikiem idei, ponieważ stanowią one podporę świadomości wielu ludzi, chciałbym tylko zwrócić uwagę na jeden mechanizm.

Szczęście jakie można osiągnąć przez ciężką pracę w medytacji pokazuje jasno, że poglądy i moralność są zupełnie drugorzędne względem błogości. Ideologie zawierają w sobie wiele elementów nieweryfikowalnych, które trzeba przyjąć na wiarę. Ludzie wierzą w ideologie, wierzą, że dzięki temu ich życie kiedyś (na przykład po śmierci) będzie lepsze, bądź pozbędą się problemów raz na zawsze (po śmierci- ateizm). Ta obietnica lepszego za cenę rozwijania w sobie jakiegoś poglądu jest kusząca dla wielu. Niewielu jednak przywódców mówi prawdę- że szczęście to tylko i wyłącznie wynik dużego wysiłku i do osiągnięcia jego nie są potrzebne żadne ideologie.

Ideologia nikomu jeszcze nie dała szczęścia- może poza samymi guru.

8 Lat w Tybecie

Równo 8 lat temu, 15 sierpnia 2014 roku, zdecydowałem się, że zacznę codziennie medytować. 8 lat to kupa czasu i medytując około 1 godziny dziennie zebrałem zasługę około 3 tysięcy godzin praktyki.

Moje życie zmieniło się znacznie od tamtego czasu. Czytając swoje wpisy na blogu z tamtego czasu widzę, że medytacja na początku dawała mi zadowolenie tylko podczas formalnej praktyki- ta czynność była świetna, ale po niej wracałem do normalnego funkcjonowania.

Nie zawsze jednak było tak pięknie- czasem medytacja była znacznym wysiłkiem- siedziało się nawet 3 godziny aby uzyskać upragniony rezultat. Aby rozwijać się zamiast oglądać seriale czy siedzieć przy komputerze to po prostu praktykowałem.

Obecnie, po tych kilku tysiącach godzin ćwiczenia umysłu mogę powiedzieć, że stan medytacyjny towarzyszy mi prawie ciągle- gdy jestem w pracy, jadę samochodem czy z kimś rozmawiam. Jestem w stanie utrzymywać stan błogości przez 80% czasu, lecz cały czas trenuję aby to było 100%.

Przestałem ostatnio pisać o praktyce publicznie z jednego prostego powodu- aby osiągnąć rezultat w medytacji trzeba naprawdę włożyć wiele w to wysiłku i związane jest to z wieloma wyrzeczeniami. Jestem świadom jaki ogrom to pracy i po prostu wiem, że większości ludzi nie chce się podejmować takiego wysiłku jeśli mają inne źródła zadowolenia w życiu. Mimo to jednak uważam, że praktyka jest jedną z niewielu sensownych rzeczy jakie można zrobić dla siebie i innych.