Bezcelowość

Wszystkie istoty żywe są napędzane pragnieniami. Ciągle, prawie bez przerwy kieruje ich działaniem jakiś cel. Gdyby przyjrzeć się mrówkom, pszczołom, psom i innym stworzeniom, to główną ich cechą jest aktywność.

Również u ludzi celowość działań jest bardzo widoczna. Ciągle czegoś chcemy i to motywuje nasze działania. W tym aspekcie nie różnimy się niczym od zwierząt.

To, co chciałbym poruszyć w tym wpisie to postulat tego, że czasem warto nie mieć celu. Bezcelowość wcale nie musi być czymś negatywnym- wręcz przeciwnie.

Gdy naszym działaniem nic nie kieruje, gdy nie mamy wektora, który determinuje nasze życie, to wtedy otwieramy się na chwilę obecną. Sądzę, że jest w tym duża mądrość- pozwolić rzeczom się wydarzać, pozwolić myślom i emocjom przychodzić i odchodzić, po prostu być.

Piękno a Spokój

W miarę dojrzałości rozwija się ostrość widzenia

Karol Ślęczek

Mój profesor na studiach historii sztuki opowiadał historię polskiej badaczki, która znalazła się w więzieniu i była narażona na głód oraz brak bodźców. Opisała ona później, że podczas pobytu tam starała się przypomnieć sobie wszystkie sale wystawowe i wszystkie obrazy jakie w życiu widziała. Opisywała również, że widziała wtedy oczami wyobraźni kolory, których wcześniej nie widziała.
Każdy kto ma choć trochę autorefleksji jest w stanie stwierdzić, że jakaś rzecz podoba nam się lub nie podoba w zależności od naszego nastawienia. Raz wszystko wydaje się nieciekawe, podczas gdy innym razem ta sama rzecz nas fascynuje.
W teorii sztuki mówi się, że dzieło sztuki realizuje się zawsze w momencie percepcji- że nie istnieje samo w sobie. Każda percepcja ożywia dzieło na nowo.
Pamiętam swój zachwyt nad dwoma obrazami Caravaggia podczas mojego pobytu w Rzymie. Doświadczyłem wtedy emocji nie znanych mi wcześniej- była to mieszanka wzruszenia, ulgi i zachwytu.
Z jednej strony więc mamy percepcje piękna a z drugiej zupełną na nią obojętność. Nie jest tajemnicą, że poziom odbioru piękna zależy od wrażliwości osoby, która na nie patrzy.
Artyści w XX wieku powoli przesuwali granicę tego, co jest sztuką a co nią nie jest. Marcel Duchamp w roku 1917 wystawił w galerii pisuar nazywając go „Fontanna”. Ostatecznie w wyniku ruchów artystycznych zdewaluowało się nie tylko pojęcie dzieła sztuki, ale również pojęcie piękna.
Na gruncie historii sztuki oraz kulturoznawstwa wyrosła nowa dziedzina nauki- studia wizualne (visual studies), zaś psychologia zaczęła się na poważnie zajmować pojęciem percepcji, które dotychczas było zarezerwowane dla historii sztuki właśnie.
Dochodzimy więc do samego clue wpisu- zależności piękna od psychologicznych stanów mentalnych.
Będę tutaj podpierał się własnym doświadczeniem, gdyż nie spotkałem się jeszcze z badaniami na ten temat. Chodzi mi mianowicie o zmianę postrzegania świata w stanach uniesień lub szczególnego uspokojenia.
O ile można zaryzykować tezę, że świat odsłania nam prawdę o sobie tylko gdy uważnie się mu przyglądamy, to postawię tezę, że świat posiada swój „czwarty wymiar” o którym mówili artyści.
Mnogość różnych perspektyw na świat ukazanych w obrazach, książkach i filmach, które nakreślają jego magiczność, nierealność oraz oniryczność każe uważać, że taka jest właśnie natura rzeczywistości.
Dużo bardziej moim zdaniem ukazuje prawdę o świecie stan wszechogarniającego spokoju niż codzienna, szara percepcja rzeczy.
Śmiem twierdzić, że gdy jesteśmy w stanie wolnym od napięć i przeszkadzających emocji to postrzegamy rzeczywistość wyraźniej taką jaka ona jest- promieniującą niezwykłością oraz nad wyraz fascynującą.